W końcu skończyłam!!!
Prezenty dla dzieci: dla Ninki mata do jeżdżenia samochodzikami (topowa zabawa), a dla Tymcia mata sensoryczna (taka moja robocza nazwa) czyli do nauki pełzania i raczkowania połączona z odczuwaniem różnych faktur. Wyzwanie ambitne, a czasu jak zwykle mało, chociaż i tak Ninka poszła do teściowej na prawie tydzień, ale okazało się jak zwykle, że to trudniejsze niż myślałam... Szczególnie mata dla Ninki, bo na tak dużym tworze (120x200 cm) wszystko się przesuwa i zagina, więc nie jest idealnie, ale mam nadzieję że zadanie spełni. Oto i ona:
Uszyłam ją głównie na bazie materiałów z Ikei, choć są też z mojego sklepu oraz rarytasik: sówki Michaela Millera, co to kupiłam kiedyś skraweczek za tyle co u mnie jest mb ;) żeby się dowiedzieć jak się maca konkurencja :P A do Ikei pojechałam specjalnie po domki i kilka innych materiałów, ale głównie te domki mi tu były potrzebne do "miasta". Urwałam się z łańcucha, którego mam obecnie przywiązanego do cycków ;))) i pędzę te 12km w jedną stronę. Wpadam, lecę od razu do tkanin i co??? Oczywiście nie ma domków!!! Dobra, pokroiłam sobie po kawałeczku innych upatrzonych, ale te domki są kluczowe! No i co zrobiła Matka-Polka? Wzięła nożyczki i ukroiła sobie z tego pokazowego co wisi na wieszaku. No bo nie było, to co w końcu miałam zrobić??? Oczywiście przepisowo zważyłam i zapłaciłam za ten zakurzony jak za nowy, więc ostatecznie czuję się rozgrzeszona :)
A tak wygląda mata Tymcia:
Jest tu płaska bawełna, len, kora, sztruksiki dwa (gruby i cienki), ceratka, frotte, jakaś sztuczna dzianina, welur i satyna też sztuczna jakaś taka taftopodobna. Troszkę mi się ta ostatnia pomarszczyła, ale trudno! Wszystko jest zapinane na suwak, a do środka wchodzą puzzle piankowe, żeby nie było całkiem twardo (ale wystarczająco do wygodnego pełzania) i żeby była jakaś izolacja od podłogi. Wchodzą na ścisk i wszystko ładnie się trzyma, ale zapomniałam zrobić fotę jak były w środku, a niestety nie chciało mi się tam upychać jeszcze raz 15 puzzli z wylatującymi cyferkami, więc musicie to sobie wyobrazić :)
Jeszcze pozostało mi kilka prezentów do uszycia, nie wiem czy zdążę...... Trzymajcie kciuki ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aplikacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aplikacja. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 grudnia 2012
piątek, 16 listopada 2012
Jak dorobić nogę w kombinezonie dziecięcym
Czyli jak z jednonożnego zrobić dwunożny? ;)
Kupiłam przed urodzeniem Ninki taki oto kombinezon, bo sobie myślałam, że w takim dziecku cieplej, niż w takim z dwiema nogami:
Ale tak naprawdę dziecko i tak jest poprzykrywane kocykami w zimie i mu ciepło i tak, a wygodne to to nie jest: ani dobrze chycić dzieciaka, a jak już trzeba wpinać pas w tę dziurkę pod klapką i przetykać pod pupą drugą część pasa od dołu w foteliku samochodowym przez tę dziurkę z klapką z tyłu to już w ogóle strzela... Bawiłam się tak 3 lata temu i nadal to pamiętam, więc musiało naprawdę być niewygodne ;)
Że na nowy mi szkoda kasy (mimo że taki mało-męski lila kolorek...), toteż wpadłam na pomysł, że może se rozetnę i zszyję i zrobię dwie nogi - o ile maszyna połknie taką grubość ;) A połknęła, więc się skonsultowałam z mamą, czyli moją doradczynią i przewodnikiem szyciowym, jak to najlepiej zrobić. A że wyszło, to się z Wami dzielę jak :)
1. Odpruwamy klapki nad dziurkami z obu stron i rzepy - już niepotrzebne. Z jednej z klapek też odpruwamy rzep. Rzepy w kolorach dość niespotykanych, to chowamy - a nóż się kiedyś przydadzą ;)
2. Zaszywamy część dziurek z tyłu i z przodu tak, by pozostała tylko wąska szpara - zaznaczamy sobie kredką dokąd jechać:
i przeszywamy zygzakiem tak żeby złapało z obu stron, najlepiej dwa razy dla pewności:
Tak to elegancko wygląda po zszyciu, a w dziurę wpychamy paluch, żeby zobaczyć czy się da ;)
3. Rysujemy sobie nogawki począwszy od końców zmniejszonych dziurek (paluch nadal tam tkwi dla lepszego zobrazowania) - ja zaokrągliłam u dołu, ale okazało się że za mało, bo po przewróceniu na prawą i tak nogawki są kwadratowe, natomiast prawdą jest też, że mi to zwisa i chyba nie będę poprawiać, choć to 5 minut roboty...
4. Przeszywamy po śladzie, uprzednio spinając warstwy, żeby się nie okazało, że tylna dziurka nie wyszła tam, gdzie przednia :)
6. Gratulujemy sobie, jeśli po odwróceniu na drugą stronę szwy nadal spotykają się ze szwami z pkt 2. :)
7. Odcinamy co za zygzakiem, uważając żeby zygzaka nie naruszyć. No chyba że ktoś ma overlocka z nożem, to na tym etapie można sobie zamiast tego pójść nastawić wodę na herbatę :)
Przy okazji dowiadujemy się, że kombinezon niemowlęcy ma w środku najzwyklejszą ocieplinę poliestrową:
Po przewróceniu na prawą stronę cieszymy się nową nogą naszego kombinezonu:
8. No i zostaje nam ta dziurka, powstała z połączenia obu zwężonych wcześniej byłych podklapkowych dziurek: traktujemy ją zygzakiem, coby chłopinie się jąderka zanadto nie wietrzyły (ew. koleżanka wilka nie złapała, jeśli mamy do czynienia z płcią domniemanie piękną)
9. Można na tym zakończyć, ale jak się chce mieć pewność (albo coś bliskiego pewności), że się na pewno nie przeziębi i w dodatku pas w foteliku nie rozpierniczy naszego przepięknego zygzaka (bo piękny to on jest, tylko inaczej...) to używamy tej klapki dziurkowej, co to od niej się odpruło rzep (w końcu się wyjaśnia po co ten jeden rzep było odpruwać ha!), żeby zrobić małe wzmocnienie (a.k.a. łatka nakrokowa) w kroku, o tak:
Przy okazji próbujemy nie kląć na cały głos, kiedy maszyna nie wiedzieć czemu po bezproblemowym zszyciu grubych kilku warstw ociepliny, polaru i ortalionu nagle staje dęba przyszywając łatkę nakrokową i co kilka dosłownie mm robi rozgardiasz w bębenku, który wygląda o tak:
Po zmianie nitki na inną białą, co wydaje się satysfakcjonować maszynę (zupełnie nie wiedzieć zresztą czemu, bo od kilku dni współpracowała z tą właśnie, a nagle nie chce - cóż, może się pokłóciły...) podziwiamy efekt swojej pracy:
No powiedzcie chociaż, że jest teraz trochę bardziej uniseksowy ten lilak... :)
Kupiłam przed urodzeniem Ninki taki oto kombinezon, bo sobie myślałam, że w takim dziecku cieplej, niż w takim z dwiema nogami:
Ale tak naprawdę dziecko i tak jest poprzykrywane kocykami w zimie i mu ciepło i tak, a wygodne to to nie jest: ani dobrze chycić dzieciaka, a jak już trzeba wpinać pas w tę dziurkę pod klapką i przetykać pod pupą drugą część pasa od dołu w foteliku samochodowym przez tę dziurkę z klapką z tyłu to już w ogóle strzela... Bawiłam się tak 3 lata temu i nadal to pamiętam, więc musiało naprawdę być niewygodne ;)
Że na nowy mi szkoda kasy (mimo że taki mało-męski lila kolorek...), toteż wpadłam na pomysł, że może se rozetnę i zszyję i zrobię dwie nogi - o ile maszyna połknie taką grubość ;) A połknęła, więc się skonsultowałam z mamą, czyli moją doradczynią i przewodnikiem szyciowym, jak to najlepiej zrobić. A że wyszło, to się z Wami dzielę jak :)
1. Odpruwamy klapki nad dziurkami z obu stron i rzepy - już niepotrzebne. Z jednej z klapek też odpruwamy rzep. Rzepy w kolorach dość niespotykanych, to chowamy - a nóż się kiedyś przydadzą ;)
2. Zaszywamy część dziurek z tyłu i z przodu tak, by pozostała tylko wąska szpara - zaznaczamy sobie kredką dokąd jechać:
i przeszywamy zygzakiem tak żeby złapało z obu stron, najlepiej dwa razy dla pewności:
Tak to elegancko wygląda po zszyciu, a w dziurę wpychamy paluch, żeby zobaczyć czy się da ;)
3. Rysujemy sobie nogawki począwszy od końców zmniejszonych dziurek (paluch nadal tam tkwi dla lepszego zobrazowania) - ja zaokrągliłam u dołu, ale okazało się że za mało, bo po przewróceniu na prawą i tak nogawki są kwadratowe, natomiast prawdą jest też, że mi to zwisa i chyba nie będę poprawiać, choć to 5 minut roboty...
4. Przeszywamy po śladzie, uprzednio spinając warstwy, żeby się nie okazało, że tylna dziurka nie wyszła tam, gdzie przednia :)
5. Po zewnętrznych krawędziach przejeżdżamy zygzakiem, coby się nie strzępiło (choć niby ani polar, ani ortalion nie powinien, ale strzeżonego PB strzeże - jak wierzga jak szalony w brzuchu, to tym bardziej w tym kombinezonie ;)
6. Gratulujemy sobie, jeśli po odwróceniu na drugą stronę szwy nadal spotykają się ze szwami z pkt 2. :)
7. Odcinamy co za zygzakiem, uważając żeby zygzaka nie naruszyć. No chyba że ktoś ma overlocka z nożem, to na tym etapie można sobie zamiast tego pójść nastawić wodę na herbatę :)
Przy okazji dowiadujemy się, że kombinezon niemowlęcy ma w środku najzwyklejszą ocieplinę poliestrową:
Po przewróceniu na prawą stronę cieszymy się nową nogą naszego kombinezonu:
8. No i zostaje nam ta dziurka, powstała z połączenia obu zwężonych wcześniej byłych podklapkowych dziurek: traktujemy ją zygzakiem, coby chłopinie się jąderka zanadto nie wietrzyły (ew. koleżanka wilka nie złapała, jeśli mamy do czynienia z płcią domniemanie piękną)
9. Można na tym zakończyć, ale jak się chce mieć pewność (albo coś bliskiego pewności), że się na pewno nie przeziębi i w dodatku pas w foteliku nie rozpierniczy naszego przepięknego zygzaka (bo piękny to on jest, tylko inaczej...) to używamy tej klapki dziurkowej, co to od niej się odpruło rzep (w końcu się wyjaśnia po co ten jeden rzep było odpruwać ha!), żeby zrobić małe wzmocnienie (a.k.a. łatka nakrokowa) w kroku, o tak:
Po zmianie nitki na inną białą, co wydaje się satysfakcjonować maszynę (zupełnie nie wiedzieć zresztą czemu, bo od kilku dni współpracowała z tą właśnie, a nagle nie chce - cóż, może się pokłóciły...) podziwiamy efekt swojej pracy:
Następnie, ponieważ nam tylko 50 minut zajęła cała ta przeróbka (i to z walką z maszyną świrującą bębenkowo) bezmyślnie przyjmujemy pojawiający się podstępnie pomysł, żeby naszyć aplikację zasłaniającą dziewczyńskość i sugerującą szowinistycznie męskość pod postacią czegoś na kółkach...
Miało być miło i przyjemnie, podczas gdy Dorcia stwierdziła że obzygzakuje aplikację, a następnie naszyje ją na kombinezon ręcznie, bo... bo nie wiem co właściwie: żeby nie było widać szwu od środka? A who cares??? Żeby się nic nie marszczyło? A co, teraz się nie marszczy??? Żeby sobie udowodnić że szycie ręcznie nie jest złe? No nie jest, za to obszywanie zygzakiem po krawędzi na zakrętach szczególnie aplikacji która sobie "wisi" a nie jest przyszywana do czegoś to dość mordercza robota, szczególnie na moim Łuczniku, który delikatnością nie grzeszy i podwija rogi okrutnie, wbija z igłą materiał do bębenka i ogólnie ma wiele pomysłów jak mi urozmaicić dzień.
No ale skoro zaczęła, to musiała skończyć (bo wie, że jakby nie skończyła od razu, to by było niezrobione już ever...) i jest, o:
No powiedzcie chociaż, że jest teraz trochę bardziej uniseksowy ten lilak... :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)